Świadectwo

Artykuł ten poświęcony jest dwóm filmom: fabularnemu, acz opartemu na prawdziwych wydarzeniach „Into the Wild” Seana Penna z 2007 roku i dokumentalnemu „Grizzly Man” Wernera Herzoga z 2005 roku. Być może jednak trafniej byłoby stwierdzić, iż jest on poświęcony przede wszystkim ich bohaterom, którzy swe życie poświęcili poszukiwaniom tego, co dla większości niezrozumiałe i nieuchwytne. Obaj odrzucili cywilizowany świat dla dziczy, w której przyszło im również umrzeć (McCandless zmarł na Alasce z wygłodzenia, Treadwella w tym samym regionie, pożarty przez jednego z niedźwiedzi, którymi się opiekował. Tekst mój nie stanowi oceny ich postępowania; jest zaś przede wszystkim próbą zrozumienia tego, do czego dążyli oraz odkryć, których dzięki nieustannym poszukiwaniom udało im się dokonać.

Daleko poza wszechobecną rzeczywistością zatłoczonych i zawsze hałaśliwych, niczym się od siebie nieróżniących ulic wielkich miast, daleko poza drogami, które do nich prowadzą istnieje świat, o którego istnieniu zapomnieliśmy. Poranne mgły unoszą się tu nad bezkresnymi polami; pośród gęstego lasu pogrążonego w wieczornym półmroku sarny przystają strzygąc uszami, zaniepokojone. Światło słoneczne jest tu zazwyczaj tajemnicze i nieprzejrzyste; choć wiosną i latem rozbrzmiewają tu tysiące zwierzęcych głosów, cisza tego miejsca zdaje się być odwieczna i całkowicie nienaruszalna.

-------------------------------

Blondwłosy mężczyzna w średnim wieku staje przed obiektywem stacjonarnej kamery. Za nim rozpościera się widok w swym pięknie onieśmielający: bezkresna, północnoamerykańska puszcza, gęstniejąca zielenią milionów drzew; nad nią górują sędziwe, odległe szczyty Gór Aleuckich. Mężczyzna mówi szybko i emocjonalnie. To Timothy Treadwell, legendarny opiekun alaskańskich niedźwiedzi grizzly. Dla jednych bohater, dla drugich odpychający dziwak, Treadwell nie pasuje do stereotypu człowieka pośród dziczy – milczącego, zamyślonego, duchowo wiecznie nieobecnego. To ekstrawertyk o ekscentrycznym, nierzadko dość gwiazdorskim stylu bycia. W jego oczach obłęd, czułość i gniew zdają się pojawiać naprzemiennie. Jego wzrok, sposób bycia i mówienia upewniają nas o jego specyficzności i o tym, iż nawiązanie z nim relacji emocjonalnej nie byłoby łatwe.

Cristopher McCandless również nie jest postacią, którą łatwo widzowi polubić. Ludzie, których na swej drodze napotyka, nie zajmują go. Tych, którzy są mu życzliwi traktuje niewiele lepiej od tych otwarcie nieżyczliwych. Jest ekscentryczny, egocentryczny, jego styl wypowiedzi zaś – nierzadko pretensjonalny. Idea, którą jest owładnięty, każe mu pozostawać zdystansowanym wobec dobrych ludzkich uczuć równie intensywnie, jak odrzucać te złe. O wiele łatwiej bowiem, niż polubić go, czy choćby docenić, jest się nim zafascynować. Nim, a może raczej tym, co ze sobą przynosi; pytaniami, które zadaje, niezwykłością, która staje się jego udziałem.

Obaj twórcy, zarówno sławny niemiecki reżyser Werner Herzog, jak i bardziej znany jako doskonały aktor, Sean Penn, nie dokonują mitologizacji swoich bohaterów. Są w pełni świadomi ich przeszłości i nie ukrywają tej świadomości przed widzem. Dzieciństwo McCandlessa zdeterminowało jego późniejsze postępowanie w sposób ewidentny i reżyser „Into the Wild”, choć nie zagłębia się w skomplikowaną analizę jego lat młodzieńczych we freudowskim duchu, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Częste kłótnie rodziców, ich długotrwała nieumiejętność porozumienia się, ich światopogląd, oparty na hołdowaniu przede wszystkim wartościom doczesnym, materialnym, sprawiły, że ich przejawiający od samego początku zupełnie odmienne tendencje syn, bardzo oddalił się mentalnie od otaczającego go świata. Rodzice Cristophera nie byli potworami w ludzkiej skórze, lecz dla niego, łaknącego ponad wszystko duchowości czystej i niczym nieskażonej, ich emocjonalna słabość i kulejąca moralność okazały się nie do zniesienia.

Bohater Herzoga to zaś człowiek, który nim stał się obrońcą zwierząt, otarł się o świat gangsterskich porachunków, narkotyków i przemocy. Natura stała się dla niego doskonałą odskocznią od owego świata, miejscem, w którym mógł się przed nim ukryć. „Wcześniej nie miałem życia, teraz je mam” - wyznaje podczas jednego ze swych licznych monologów Treadwell.

---------------------------------

Piosenki do filmu Penna skomponował legendarny wokalista grunge'owy Eddie Vedder i są one dokładnie takie, jakich można by się po nim spodziewać: odświeżające hippisowski ideał nieograniczonej niczym swobody, płynące, doskonale amerykańskie w duchu. A jednak w towarzystwie tyleż obezwładniająco pięknej, co zimnej, zdystansowanej i ponad wszystko dzikiej alaskańskiej przyrody wypadają dziwnie. Wydają się „nie na swoim miejscu”, jakby ich obecność tu była sztuczna, bezpodstawna, a może nawet – jak gdyby coś zakłamywała. Nie jest to jednak świadectwo twórczego błędu w sztuce autorów filmu; muzyka ta nie ma bowiem oddawać prawdziwej istoty natury owej krainy, a jedynie wyobrażenie o niej, posiadane przez głównego bohatera filmu. Jego marzenia, pragnienia, tęsknoty z nią związane. I jego pomyłkę.

Tę samą pomyłkę widzi również Werner Herzog w postępowaniu swojego bohatera.
„Traktował je nie jak dzikie zwierzęta, lecz jak ludzi przebranych za dzikie zwierzęta” - sugestywnie i trafnie podsumowuje postępowanie Treadwella jeden z pilotów helikoptera, który przybył na zbyt późny ratunek ekologowi. Bohater tytułowy „Grizzly Mana”, mimo wyrażanej nierzadko literalnie świadomości niebezpieczeństwa, jakie mu grozi, traktował niedźwiedzie, jedne z najniebezpieczniejszych zwierząt na Ziemi, jak swych przyjaciół i powierników, a co za tym idzie, z niewielką dozą należnego im respektu. „-Chciał się stać niedźwiedziem” - mówi jeden z interlokutorów Herzoga, „-Przekroczył pewną niewidzialną granicę” - mówi sam Herzog. Zachowanie Treadwella wobec zwierząt, intymna bliskość, jaką z nimi nawiązywał, sposób w jakich o nich mówił i w jaki zwracał się do nich samych zdradzają, że o ile w jego umyśle tliło się jeszcze światło ostrzegawcze, to w głębi duszy był on już silnie przeświadczony o tym, iż więź, jaka stała się udziałem jego i grizzly, którymi się opiekował, jest w stanie przezwyciężyć nawet najbardziej pierwotne naturalne podziały i różnice pomiędzy światem dzikiej przyrody i światem ludzi.

„Nie widzę w nich przyjaźni, zrozumienia, litości. Widzę jedynie obezwładniającą obojętność natury.” - ripostuje legendarny niemiecki reżyser, z właściwą sobie precyzją i analitycznością myśli. To nie pierwszy raz, gdy Herzog prezentuje takie właśnie podejście do świata natury. Wystarczy, że przypomnimy sobie jego wspaniały „Aguirre – gniew boży” z 1972 roku i jego wizję amazońskiej puszczy, pozbawionej stereotypowych obrazów przepełnionych barwami, dźwiękami oszałamiającą różnorodnością flory i fauny. Tu jest ona obca, ascetyczna, odległa. Lub „Nosferatu” z 1979 roku i Transylwanię z tego filmu, tyleż piękną, co paraliżująco zimną i niedostępną.

Reżyser „Into the Wild”, Sean Penn, zdaje się z nim zgadzać. Jego Alaska to zachwycające wizualnie jałowe pustkowie. Króluje wszechobecna lodowata biel i nieliczna, wyglądająca nieśmiało spośród wiecznych śniegów roślinność. Zwierzęta pojawiają się z rzadka, najczęściej spoglądając na bohatera z oddali, obojętnym wzrokiem, trudne do okiełznania nawet, gdy padły już ofiarą jego polowa (charakterystyczna scena nieudanego przyrządzenia zastrzelonego łosia).

Nie znaczy to, że Herzog i Penn nie dzielą z bohaterami swych opowieści fascynacji naturą. Przeciwnie – w całej twórczości niemieckiego reżysera jest ona jednym z ważniejszych, bardziej charakterystycznych i najbłyskotliwiej przez niego ukazywanych powracających motywów; jest również ideologicznym motorem napędowym „Into the Wild”. Obaj twórcy natomiast nie podzielają ogólnego światopoglądu i sposobu myślenia o przyrodzie swoich bohaterów. Herzog mówi o tym wprost, Penn – poprzez obrazy, ale refleksja, która staje się udziałem obu, jest bardzo klarowna i jednoznaczna: współżycie człowieka współczesnego z naturą, dokonane poprzez stanie się jej częścią, jest utopią.


W swym filmie Herzog niejednokrotnie otwarcie sugeruje, iż odkrycia jego bohatera w znaczniejszej mierze dotyczyły siebie samego i natury ludzkiej, niż praw rządzących otaczającą go dziką przyrodą. Jedna z ostatnich scen „Into the Wild” z kolei ukazuje McCandlessa zapisującego jedną ze swych ostatnich refleksji: „Szczęście prawdziwe jest tylko wtedy, gdy można się nim z kimś podzielić”. Łza cieknie po jego policzku; to niewątpliwie gorzka i bolesna prawda dla kogoś, kto przez większość swego krótkiego życia poszukiwał najgłębszego sensu egzystencji w samotności i oddzieleniu od innych ludzi.
----------------------------------------

A jednak, gdy obserwuję finalne, nieopisywalnie tęskne i nade wszystko piękne zakończenia obu filmów, odnoszę nieodparte wrażenie, że zarówno Cristopher McCandless, jak i Timothy Treadwell coś jednak odkryli. Szczególnie ostatnia scena „Grizzly Mana” wydaje się tu szczególnie znacząca. Bohater Herzoga powoli oddala się, w otoczeniu swych niedźwiedzi, przy akompaniamencie nieskrępowanie nostalgicznej piosenki Dona Edwardsa, z wolna niknie w kadrze. I choć świadomi jesteśmy jego brutalnej, całkowicie odartej z wszelkiej niezwykłości śmierci, być może, mając obraz ten przed oczyma, będziemy w stanie uwierzyć, że on wciąż gdzieś tam jest, dąży tam, dokąd zawsze dążył, pośród owych stworzeń, które obdarzył dziwnym, niedostępnym dla większości z nas uczuciem, wciąż wypatruje miejsca, w którym harmonii, ciszy i spokoju duszy nic nie może zmącić. My zaś, patrząc na niego, nie mamy wątpliwości, że miejsce to istnieje naprawdę.
Trwa ładowanie komentarzy...