Niewybaczone, niewybaczalne

Przedmiotem niniejszego artykułu jest pierwsze wydanie pamiętnika wojennego Calela Perechodnika, "Czy ja jestem mordercą?". Nie jest to recenzja ani opis. To próba wieloaspektowej analizy tego tekstu jako świadectwa Zagłady, dokonanego przez człowieka, który stał się jedną z tysięcy jej ofiar. Człowieka refleksyjnego i krytycznego, choć zaangażowanego emocjonalnie, to jednak potrafiącego obserwować z dystansu, człowieka winnego i niewinnego zarazem, a nade wszystko - przez człowieka właśnie.

Kiedy nad światem zapada zmrok, ulice ponad czterdziestotysięcznego miasta Otwock wyludniają się i milkną. W cieniu licznych drzew, w niewyraźnym świetle latarń, nieliczni przechodnie mijają się, zajęci swoimi sprawami. Niełatwo byłoby uwierzyć w to, co działo się w domach, które niegdyś tu stały, co działo się w sercach ludzi, którzy je zamieszkiwali. W ciszy śpiącego miasta nie słychać już krzyków ani huków wystrzału, nie słychać historii, które powinny były zostać wysłuchane.

Głos Calela Perechodnika jest wyraźny i spokojny. Chwilami cichnie, potem znów staje się coraz głośniejszy, narasta, by wreszcie przeistoczyć się w krzyk; krzyk żalu, rozpaczy, wściekłości. Zaraz znów łagodnieje, docierając do nas jakby z wielkiego dystansu. Jego słowa są jednak na tyle sugestywne, na tyle dobitnie wypowiedziane, byśmy zdołali przekroczyć nieprzekraczalną, jak się może wydawać, granicę czasu i przestrzeni; barierę, jaka dzieli przeszłość i teraźniejszość. To jego historia, a my, czy tego chcemy, czy nie, stajemy się jej obserwatorami, jej świadkami, a może nawet, w jakiś sposób, jej uczestnikami.

Czym jest tekst Perechodnika? Pamiętnikiem? Kroniką? Wyznaniem? Spowiedzią? Każdym z powyższych? Być może. A może najtrafniej będzie stwierdzić, iż jest listem. Listem posiadającym dwóch adresatów, listem, który w pewnym sensie był dla swego autora droższy, niż jego własne życie.

Gdy spotykamy Perechodnika, jest 26-letnim policjantem żydowskim,jedną z tych nielicznych osób, które w czasach, gdy pojęcie bezpieczeństwa nie istniało, mogły teoretycznie czuć się względnie bezpiecznie. Zaledwie kilka dni i kilkanaście stron dzieli nas od przełomowego wydarzenia, które ustali bieg dalszego życia autora tej książki, zaciąży nad nim, wprowadzi zmiany, których nie będzie można już odwrócić. Wszystko, co wydarzy się później, pozostanie w cieniu owych kilkudziesięciu minut słonecznego, letniego dnia, 19 sierpnia 1942 roku.

Choć traktowanie Żydów podczas okupacji w dużych ośrodkach miejskich i mniejszych miejscowościach znacznie różniło się pod względem intensywności i stopnia okrucieństwa stosowanych represji, rodzinnej miejscowości autora ta zależność nie dotyczyła. Tutejsze getto było drugim co do wielkości w dystrykcie warszawskim, a sam Otwock był przed II wojną światową jednym z najliczniej zamieszkanych przez populację żydowską miast na Mazowszu. Naziści z właściwą sobie starannością i precyzją podeszli do akcji eksterminacyjnej, przeprowadzanej na tych terenach. Cios, który został tu zadany, był bardzo silny.

Zawarte w „Czy ja jestem mordercą?” sekwencje scen likwidacji otwockiego getta przywodzą na myśl analogiczne obrazy kresu funkcjonowania getta krakowskiego, ze Spielbergowskiej „Listy Schindlera”. Choć Perechodnik jednoznacznie odżegnuje się od czysto artystycznego wydźwięku swoich zapisków („Nie jest to praca literacka, nie mam bowiem ani zdolności, ani aspiracji w tym kierunku” - zaznacza w Przedmowie do książki), jego wspomnienia ujawniają naturalny pisarski talent. W opisie jego wojennych przeżyć jest coś z chłodu i beznamiętności opowiadań Borowskiego, coś z nerwowości i niepokoju „Pamiętnika z powstania warszawskiego” Białoszewskiego (pomimo zupełnie odmiennego stylu); jest literacka plastyczność opisu i wyjątkowo sugestywne oddanie nastroju goryczy i bezsilności, odczuwanych przez autora. Nadzieja zapala się i gaśnie w jego sercu raz po raz, kolejne zwroty akcji prowadzą zaś do nieuchronnego końca. Gdy niemieccy strażnicy rozkazują autorowi-bohaterowi „Czy ja jestem mordercą?” zostawić żonę i córkę, i pozwolić im samotnie odjechać w wagonach śmierci, staje on przed ostatecznym i najtrudniejszym sprawdzianem. Nie zdaje go.

Owego dnia, dzień później, jak i dwa dni po nim, około dziesięć tysięcy otwockich Żydów wywieziono w następujących po sobie transportach do kompleksu obozów w Treblince; żona i córka autora tych wspomnień zmarły zapewne w obozie zagłady Treblinka II, obrócone, podobnie jak niezliczone ilości innych istnień, w sypki, szary pył. Jaka była ich ostatnia droga? Czy płakały? Czy były przerażone? Czy ze sobą rozmawiały, czy też odchodziły w milczeniu? Czy myślały o nim z żalem? Tęsknotą? Nienawiścią? Czy w ogóle, choć przez krótką chwilę, o nim pomyślały? Perechodnik nie ucieka od tych pytań. Nie ucieka również od pytań o siebie samego, o odczucia, które w owej feralnej chwili, na krótko po tym, jak otwocki Umschlagplatz opustoszał, stały się jego udziałem. Odpowiedzi, których zaś udziela, wolelibyśmy nigdy nie poznać. „Czy powstaje w mym umyśle jakaś asocjacja, jakieś porównanie między tym pokojem a zamkniętym wagonem towarowym, w którym dwustu ludzi odbywa swą ostatnią podróż? Nie, ja niczego nie porównuję, o niczym nie myślę, po prostu zasypiam” - pisze Perechodnik w jednym z najbardziej dojmujących fragmentów swego pamiętnika.

Wszystko, co dzieje się później pozostaje pod przemożnym wpływem owej chwili. Niemniej jednak, Perechodnik opisuje dalsze wydarzenia, obejmujące czas jego ukrywania się w zrujnowanej Warszawie, z kronikarską dokładnością i szczegółowością. Kolejne postaci, kolejne ofiary zagłady pojawiają się i znikają, a wraz z nimi kolejne złudzenia, kolejne rozgoryczenia, kolejne marzenia, które nigdy się nie spełniły, kolejne plany, które nigdy nie zostały zrealizowane. „Czy ja jestem mordercą” to bardzo dokładny i przemawiający do wyobraźni obraz zwykłego życia w świecie, w którym pojęcie życia w zasadzie nie ma racji bytu.
Zatrzymajmy się na chwilę przy owym „zwykłym życiu”. Pośród wszystkich znakomitych scen wspomnianej już przeze mnie wcześniej „Listy Schindlera” S.Spielberga jest jedna, szczególnie w tym kontekście znacząca. Oto komendant KL Plaszow Amon Goeth, człowiek, który przez obozowych więźniów uważany był za wcielenie śmierci, wybrać ma, spośród kilkunastu żydowskich kobiet tę, która dostanie „lekką pracę w jego willi”.

Wybór zostaje jednak dokonany na podstawie nietypowych dla rzeczywistości Holocaustu pobudek: Helen Hirsch zostaje wyselekcjonowana niewątpliwie ze względu na swą fizyczną atrakcyjność. Osobliwa relacja jej i Goetha zostaje w toku akcji filmu intrygująco rozbudowana, dla naszych rozważań kluczowe jest jednak zachowanie komendanta obozu w tej konkretnej scenie, znakomicie, z wielkim wyczuciem oddane przez grającego go Ralpha Fiennesa: to nie zachowanie potwora i psychopaty, lecz człowieka będącego pod nagłym, silnym wpływem drugiej osoby, reagującego emocjonalnie (mimo jego usilnych starań, by te emocje ukryć), którego sposób wypowiadania się, gestykulacja zdradzają pewną ludzką „niedoskonałość”, tak przez Nazistów znienawidzoną, niepewność, może nawet nieporadność. To moment, w którym do realiów chorych idei i okrucieństwa posuniętego do granic absurdu wkrada się codzienność.

Codzienność pełni we wspomnieniach Perechodnika bardzo ważną rolę. Jeżeliby postrzegać „Czy ja jestem mordercą?” w kategorii utworu o charakterze nie tylko dokumentalnym, ale i artystycznym, można by ją uznać za jego głównego antagonistę. Pośród leżących na ulicy ciał rozstrzeliwanych co chwila ludzi, inni, którzy za moment mogą podzielić ich los, kłócą się o sprawy finansowe. Ktoś inny uważa śmierć za sprawiedliwą karę i logiczne następstwo dawnego sporu o drobne pieniądze. Autor tak opisuje swego ojca: „Jeśli jednak chodzi o samo sedno sprawy, to sądzę, że bardziej nie mógł mi wybaczyć tego, że nie upilnowałem jego rzeczy, niż że zaprowadziłem żonę na plac. Bez przerwy wymieniał, co stracił, obliczał, jaką by to miało wartość w gotówce. O utraconej rodzinie nie wspomniał ani razu” i dodaje: :”Po jego monologach byłem pewny: gdyby mój ojciec był policjantem, to zanim by wagony odeszły z Otwocka z jego żoną i dzieckiem, to on już by zabezpieczał swoje rzeczy”. Wszechogarniająca siła codzienności, wieloletnich przyzwyczajeń, wartości, którymi zwykli się kierować, wiedzie ludzi wprost ku zagładzie. Ich wyobraźnia bowiem nie jest w stanie przekroczyć granicy dotychczasowej codzienności, nie jest w stanie przystosować się do faktu, że w świecie, którego stali się częścią, wszystko to, w co dotychczas wierzyli, nie ma już żadnego znaczenia.
Wspomnienia Perechodnika wzbudziły kontrowersje, głównie ze względu na moralną postawę jej autora.

Dla ortodoksyjnych środowisk żydowskich niemożliwa do przyjęcia musi być jego całkowicie otwarta niewiara w Boga, u pozostałych czytelników odczucia wysoce ambiwalentne może wzbudzać jego bezkompromisowa krytyka nie tylko nazistowskich katów, ale również ich ofiar – Polaków i Żydów. Dla Perechodnika niemal wszyscy uczestnicy tego dramatu są winni – i to w podobnym stopniu. Nie tylko ocenia on postępowanie narodów, które stały się ofiarami nazistowskiej agresji, ale również osądza je, a nierzadko nawet piętnuje. „Tchórzostwo nie jest jedną z najstraszliwszych ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą!” - pisał w niezapomnianym „Mistrzu i Małgorzacie” Michaił Bułhakow i wydaje się, iż to właśnie tę ludzką cechę najbardziej znienawidził autor rzeczonego pamiętnika. Widzi ją wszędzie wokół siebie, jak i w sobie samym – w Polakach wydających Żydów na śmierć w zamian za złudną materialną korzyść i w Żydach wydających na śmierć swych współplemieńców w zamian za możliwość przeżycia kilku dni dłużej; w biernym poddawaniu się woli oprawców, w bojaźliwym wyrzeczeniu się najwyższych nawet wartości, w gestach strachu, rozpaczy, rezygnacji, w niezdolności do stawienia oporu choćby w ostatniej chwili życia. ie jest jedną z najstraszliwszych ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą! Jedną z najstraszliwszych ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą!”

Czytając jego częste i otwarte oskarżenia wobec tych, którzy dzielili z nim ów tragiczny los, nasuwać się mogą drażliwe pytania. „Czy ofiary okrucieństwa można osądzać?”. „Czy ich zachowanie nie zasługuje na choćby częściowe wytłumaczenie ze względu na ekstremalne warunki, w jakich przyszło im się znaleźć?”. „Czy ktoś taki jak Perechodnik, ktoś, kto nie ma na swoim koncie zbyt wielu bohaterskich wojennych czynów posiada moralne prawo, by oskarżać innych?”.

Pomimo iż zarówno sama osoba autora, jak i specyfika jego refleksji mogą w wielu odbiorcach tej książki wzbudzać wątpliwości natury etycznej, ważność i błyskotliwość jego przemyśleń dyskusji podlegać już nie powinna. Tak, jego kondycja moralna jako członka Ghetto-Polizei, jako człowieka, który najdroższe mu osoby sam zaprowadził do pociągu śmierci, nie jest nieskazitelna. Ale być może właśnie owa nieczystość, owa niedoskonałość, czyni jego przemyślenia jeszcze głębiej ludzkimi, a tym samym jeszcze bardziej znaczącymi.

Wbrew powszechnym wówczas wśród jego rodaków tendencjom ideologicznym, twórca „Czy ja jestem mordercą?” nie próbuje męczeństwu swego narodu nadawać głębszego sensu, nie próbuje w nim odszukać jakiegokolwiek znaczenia czy przesłania. Postawa ojca, widzącego w traumatycznych wydarzeniach wyraz boskiego gniewu na Żydów, jest mu kompletnie obca; podobnie jak obca mu jest wiara w jakąkolwiek nadprzyrodzoną, życzliwą człowiekowi moc. Czy może raczej, trafnie byłoby powiedzieć, iż fakt obecności takiej siły, bądź jej braku, nie ma w zaistniałej sytuacji już żadnego znaczenia. Podobnie, jak fakt wykształcenia i intelektualnych możliwości samego Perechodnika, fakt jego uczciwego życia przed wojną i wiele innych faktów, które niegdyś wydawały się mieć duże znaczenie, a teraz nie liczą się już wcale. Bo czy w obliczu takiego zła poszukiwanie jakiegokolwiek sensu jest zasadne?

Tytuł, jaki nadano pierwszemu wydaniu wspomnień Calela Perechodnika, „Czy ja jestem mordercą?”, nie wydaje mi się w pełni trafny. Bo choć sam autor owo pytanie zadaje, wnikliwa lektura jego pamiętnika nie pozwala mieć wątpliwości, że on sam już na nie odpowiedział. Miliony niewinnych istnień padły ofiarą nie tylko „niemieckiego barbarzyństwa”, ale i „żydowskiego tchórzostwa”. Tak, jest mordercą.

Pośród wszystkich wyznań i refleksji na temat żalu, niezrozumienia, tęsknoty, żądzy zemsty, kierowanych do nas czytelników, jako adresatów – świadków jego losu, najważniejsze okazuje się kończące właściwą część książki pytanie, jakie zadaje prawdziwemu adresatowi swego listu Perechodnik. Gdy bowiem wszystkie traumatyczne chwile stają się przeszłością, gdy nie ma już żadnej przyszłości, teraźniejszość zaś stanowi mrok i nieznośna cisza pokoju – kryjówki autora i bohatera pamiętnika, nie ma już Niemców ani Żydów, nie ma karabinów ani komór gazowych, nie ma przerażenia, nie ma nadziei, ani nawet rozpaczy; jest zaś jedynie niepewność i wątpliwość, która nie daje spokoju i nie pozwala o sobie zapomnieć. „Przyślij mi Anetko znak, że mi przebaczyłaś” - kieruje do swej żony prośbę autor i dodaje: „Tak mi jest potrzebne Twe błogosławieństwo, więcej niż chleb codzienny, więcej niż powietrze. Anetko, czy naprawdę mi wybaczyłaś?”. Właściwym finałem historii Perechodnika winna być więc odpowiedź na to właśnie pytanie. Ale finału nie będzie.
Trwa ładowanie komentarzy...